sobota, 9 lutego 2013

San Cristóbal de Las Casas

Podróż z Puerto Escondido do San Cristóbal de Las  Casas podzieliliśmy na dwa dni. Najpierw droga wzdłuż Pacyfiku do Salina Cruz. Na obiad zatrzymaliśmy się przy jednej z plaż Huatulco.


Następnego dnia po noclegu w Juchitán de Zaragoza (piękny pałac rządowy) droga wiodła przez równinę Istmo de Tehauntepec. Istmo jest najwęższą częścią Meksyku pomiędzy oceanami. Na dodatek w zasadzie płaską, dlatego też na ogół na odcinku 100 km wieje tu tak, że urywa głowę lub przewraca ciężarówki. Tak zapamiętałem Istmo z poprzednich podróży. Tym razem mieliśmy szczęście. Cisza. Tysiące wiatraków, które tu postawiono w ostatnich latach, stało unieruchomionych.

Można by się spodziewać, chociaż za bardzo na tym się nie znam, że to drzewo wkomponowane we wnętrze przydrożnego baru ma wieki. Tymczasem dziewczyna, która nam podała wodę oceniła, że ma czterdzieści lat. A może to jest tak, że dla niektórych czterdzieści lat to już koniec skali?

Obiad za to zjedliśmy przy dźwiękach marimby i saksofonu, a jakże.

San Cristobal leży w Chiapas, najbardziej na południe położonym stanie Meksyku, który zresztą do połowy XIX w. należał do Gwatemali.
Z poziomu morza w ciągu paru godzin wspięliśmy się na wysokość powyżej 2100 m npm. Po południu było jeszcze ciepło, za to chłód wieczora był w pierwszym momencie przyjemną odmianą.
Zatrzymaliśmy się w Posada Sancris, parę minut od ścisłego centrum, za to, nie licząc kogutów jak zwykle, nic nie zakłócało spokoju. Ciepły pokój. Bardzo gościnni ludzie.
Rano temperatura wynosiła tylko +4 C. Wystarczyło za to tylko wyjść z cienia, aby palące słońce od razu przypomniało o szerokości geograficznej.
San Cristobal jest pięknym miasteczkiem, zadbanym, bardzo turystycznym. Nic dziwnego, że wielu obcokrajowców zakotwiczyło tu na dłużej.


Prawie wszyscy napotkani ludzie, z wyjątkiem turystów, mają szlachetne indiańskie rysy. Chiapas to najbardziej kolorowy, etniczny stan Meksyku. 




Wnętrze kościoła przy Plaza Santo Domingo.

W San Cristobal w sklepach, restauracjach wiszą zdjęcia przypominające powstanie EZLN (Ejército Zapatista de Liberación Nacional) i Subcomandante Marcosa. Turyści mogą kupić pamiątki z symbolami ruchu. W odróżnieniu jednak od T-shirtów z Che Guevarrą, które młodzi kupują dla zabawy, ruch zapatystów, mimo że przybladł w ostatnich latach, jest nadal żywy. Mieszkańcy Chiapas są dumni z ostatnich lat swojej historii.

Powstanie zapatystów wybuchło w Nowy Rok 1994r. W sylwestrową noc Zapatyści opanowali kilka miast Chiapas, w tym San Cristobal.  Wypowiedzieli posłuszeństwo rządowi Meksyku i ogłosili swoje żądania. Zwracali uwagę na trudne warunki życia Indian i na krzywdzącą ich politykę Rządu Federalnego, który działał w interesie najbogatszych i białych. W nazwie swojego ruchu nawiązywali do Emiliana Zapaty, przywódcy Rewolucji Meksykańskiej, który walczył o ziemię i wolność, zapatyści przywoływali historię 500 lat wojny przeciwko imperializmowi. Data wybuchu powstania zapatystów, 1 stycznia 1994r. nie była przypadkowa. Tego dnia Meksyk przystąpił do TLCAN (ang. NAFTA), czyli traktatu wolnego handlu z USA i Kanadą. Subcomandante Marcos, przywódca powstańców, zawsze w kominiarce, przeciwny był przystąpieniu do traktatu, spodziewając się, i słusznie, pogorszenia warunków życia ludzi utrzymujących się z roli. (W ciągu 10 następnych lat cło na kukurydzę importowaną z USA, której produkcja była dotowana przez rząd USA, zgodnie z postanowieniami traktatu, stopniowo zmniejszono do zera. W efekcie tego rolnictwo w najbiedniejszych rejonach Meksyku stało się niekonkurencyjne, małe gospodarstwa poupadały, a mieszkańcy wiosek dołączyli do rzeszy imigrantów poszukujących kawałka chleba w stale rosnącym mieście Meksyk, u bogatych "partnerów" z północy za Rio Grande, chociaż ci odgradzają się murem lub, później, pracując dla karteli narkotykowych. Na tym poprzestanę, bo mógłbym za długo pisać o polityce USA w Ameryce Łacińskiej. Szczytem arogancji było zaproponowanie przez USA z pięć lat temu partnerstwa handlowego Gwatemali. Gospodarki Gwatemali i Meksyku dzieli przecież przepaść.)
Powstanie zapatystów było stosunkowo bezkrwawe, zwłaszcza w odniesieniu do historii Meksyku. Po niecałych dwóch tygodniach powstańcy wycofali się w góry. Militarnie nie byli w stanie zagrozić wojsku Meksyku. "Strategia ślimaka" czyli wychodzenie ze skorupy kiedy można było zamanifestować działanie i chowanie się, kiedy nadciągało wojsko, okazała się skuteczna. Przez lata zapatyści byli bardzo medialni, nowocześni. Prezydent Meksyku Salinas de Gortari nie chciał zdecydować się na przelew krwi, zwłaszcza przy poparciu międzynarodowym zapatystów.
W 2001r. po 71 latach władzę oddała (do ostatnich wyborów w 2012r.) PRI (Partia Rewolucyjno-Instytucjonalna). Zapatyści, zaproszeni przez nowego prezydenta Vicente Fox, przybyli triumfalnie do miasta Meksyk. Na podpisanie porozumienia z liberałami Subcomandante nie zgodził się jednak.
Rząd Meksyku w ostatnich latach, oprócz tego że zwiększył liczbę wojska w Chiapas, stworzył także program pomocy mieszkańcom Chiapas. Międzynarodowe nagłośnienie problemów Indian spowodowało także obecność wielu ONG. W efekcie zwrócono uwagę na szkolnictwo, opiekę medyczną. Postawiono na doradztwo w zakresie turystyki, wytwarzania pamiątek. Sieć dróg w Chiapas jest bardzo dobrze rozwinięta.



Bunt Zapatystów wpisuje się obecnie w ruch alterglobalistyczny.

Nie dla wojny. 
Inny świat jest możliwy. 
Świat, w którym zmieszczą się wszystkie światy.


W San Cristobal zostaliśmy dzień dłużej, niż planowaliśmy. Dopadło mnie ostre zatrucie pokarmowe. A myślałem, że po tylu podróżach nic takiego mnie nie spotka. Bardzo miły lekarz, który udziela bezpłatnych konsultacji na piętrze apteki (wynagradza go apteka, ale jakże to wygodne, zresztą leki nie były takie drogie) przepisał mi antybiotyk i coś jeszcze. Od razu się poprawiło.
Dzisiaj rano wyjechaliśmy z San Cristobal. Droga do Palenque przez dłuższy czas prowadzi przez góry. Mnóstwo zakrętów i piękne widoki. Aguas Azul i Misol-Ha, Panenque, już znamy, ominęliśmy tym razem.



Wjazd do Ocosingo.

A dzisiaj nocujemy w Emiliano Zapata, mieście w stanie Tabasco. Przy wjeździe pomnik bohatera.

Widok z hotelu na rzekę Usumacinta.

Nadrobiłem zaległości w sprawozdaniu. Teraz już jestem on-line. Jutro czeka nas dość długi odcinek przez dżunglę (lacandon) na Karaiby.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Puerto Escondido - Virgen de Juquila - Puerto Escondido

Puerto Escondido ma dla mnie szczególne znaczenie. Nie ma podróży po Meksyku bez odwiedzenia tego magicznego zakątka. Nieskrępowaną atmosferę tworzą tu surferzy, którzy do tego "ukrytego portu" ściągają od lat. Udane połączenie gringo-hippie z duchami plemion Oaxaca. Są ludzie, którzy pamiętają czasy, kiedy dojeżdżało się tu nierówną nieutwardzaną drogą. Dzisiaj Puerto to oczywiście  turystyczne miasto, ale bez zadęcia.
Widok z Panamericany, w głębi plaża Zicatela.
Playa Principal blisko portu.
Koniec plaży Zicatela, akurat przed naszym hotelem, upodobali sobie spadochroniarze do lądowania. W Puerto Escondido jest lotnisko. Trzeba było uważać. Ich desant powtarzał się parę razy w ciągu dnia.

Zatrzymaliśmy się przy plaży Zicatela. Miejsce dobrze nam znane.
Po kolacji przechodząc obok baru nieopodal hotelu usłyszeliśmy Maykę. Pochodzi z Catemaco w Veracruz, w Puerto Escondido mieszka chyba od czterdziestu lat. Śpiewa przy akompaniamencie gitary repertuar z całej Ameryki Łacińskiej, rumbę, cumbię, przede wszystkim bolera. Tym razem towarzyszyli jej 
- Ernesto - multiinstrumentalista, 
- Simon z Nowej Zelandii - chłopak, który dołączył 5 dni temu i znakomicie gra na gitarze, chociaż dopiero  wczuwa się w rytmy latino, w dzień surfuje, 
- i Luis, samouk, w jego żyłach płynie indiańska krew a jego duszę koją fale Pacyfiku, oczywiście uderzając synkopy. Luis gra na perkusji oczywiście.
Mam szczęście znać Maykę od ośmiu lat, od pierwszej mojej tu wizyty. Podobnie jak tym razem, idąc plażą wieczorem, usłyszałem jej głęboki, nieco zachrypnięty głos, dobiegający z jednego z barów. Lubię piosenki, które śpiewa, lubię ich surowe wykonanie. Fascynacja pozostała na lata. Mayca sprawiła mi wielką niespodziankę, kiedy trzy lata temu koncertując w Niemczech, zjawiła się niespodziewanie w Warszawie po to, żeby dla mnie zaśpiewać. Przyjechała specjalnie, kiedy dowiedziała się, że złamałem kręgosłup i zapewne potrzebuję rozweselenia.
Słuchając muzyki Mayki i rozmawiając z nią minęło nam pół nocy.

W niedzielę rano wyruszyliśmy do Sanktuarium La Virgen de Juquila. Zaplanowaliśmy pętlę o długości trochę powyżej 200km, najpierw drogą nad Pacyfikiem z powrotem w stronę Pinotepy, potem w góry do Juquila. 
Piękne rozlewiska i laguny wzdłuż oceanu.
Juquila położona jest w dolinie na wysokości 1500m. Najpierw trzeba było wspiąć się krętą drogą wśród lasów sosnowych na ok. 2000m.
Virgen de Juquila jest drugim co do ważności sanktuarium w Meksyku (po Guadalupe). Przybywa tu mnóstwo pielgrzymów. Zwłaszcza w niedzielę jest tłoczno.

Powrotna droga miała jeszcze więcej zakrętów. Droga wznosiła się najpierw na 2200m. Zrobiło się przyjemnie chłodno, bo pochmurnie. Przez grzbiety sierra przeciskają się gęste chmury, kondensuje tu wilgoć znad oceanu. Miejscami mgła skrapla się, chłodząc kroplami deszczu.

Uduchowieni wizytą w Juquila, pięknymi krajobrazami w górach i rozkołysani rytmem zakrętów, zdążyliśmy do domu w sam raz na zachód słońca. 

Późnym wieczorem zatrzęsło się mocno. Siedziałem wtedy wygodnie na tarasie na piętrze. Pierwsze wrażenie było takie, jakby ulicą przetaczała się wielka ciężarówka lub pociąg. Tylko, że panowała cisza. Wstrząs był jednak znacznie dłuższy niż przejazd samochodu. Przestraszeni goście powyskakiwali z pokoi. Replika wstrząsu powróciła, już słabsza, po paru minutach. Mieszkańcy Puerto Escondido są przyzwyczajeni do wstrząsów. Tak je właśnie nazywają: "temblores", nie trzęsienie ziemi.

Koliberek w naszym ogródku. Wyglądał jak owad.

Ostatnia noc w Puerto Escondido była niezwykła. Uczestniczyliśmy w pożegnaniu właściciela pobliskiego hotelu Rockaway. Nie znałem go osobiście. Fred umarł w hamaku, po cichu. Do Puerto Escondido przyjechał ze Stanów czterdzieści lat temu, podobnie jak wielu innych weteranów wojny w Wietnamie. 
Przyjaciele Freda z Puerto, w większości Amerykanie, zorganizowali mu stypę radosną, po meksykańsku. W barze nad basenem hotelowym zebrało się z kilkadziesiąt osób, impreza była otwarta, każdy mógł przyjść.
Do późnych godzin nocnych brzmiała rumba. Lokalny zespół, z mocną czteroosobową sekcją rytmiczną porywał do tańca i trzeba przyznać, że białe dziewczyny, które przeważały, znakomicie sobie radziły z krokami. Ciekawe, czy to kwestia lat tu spędzonych, pokoleń?
Kumple Freda, panowie znacznie starsi ode mnie, długowłosi i siwi, otoczyli bar i pobliskie stoliki. W rozmowach całkiem głośnych powracał temat wojny. Po tylu latach, w takim miejscu.
Drinkiem wieczoru mył mezcal-cafe, polewany z 5-litrowych baniaczków. Znakomite dopasowanie do  scenerii, muzyki, ducha Oaxaca. Fred pewnie by się cieszył.

niedziela, 3 lutego 2013

Chacahua

Żegnamy Acapulco i klimatyzowany hotel.

Pemex, państwowy koncern petrochemiczny jest jedynym dystrybutorem paliwa w Meksyku. To wygodne. Ceny są stałe, a stacje benzynowe są zadbane i gęsto rozlokowane. Cena benzyny poniżej 1US$ /l to niewiele w porównaniu do Europy. Pamiętam jednak, że w 2005r. cena była niższa o połowę.


Wydawało się, że dojedziemy we środę do Chacahua. Zbieraliśmy się jednak zbyt wolno i dzień okazał się za krótki. Przenocowaliśmy w znanej nam z poprzednich podróży Pinotepa Nacional. To nieduże, ale ważne handlowo miasto stanu Oaxaca.
Do Chacahua dotarliśmy w południe następnego dnia. Ostatnia godzina jazdy to ciekawa piaszczysta "tarka" prowadząca przez pola i gaje palmowe najpierw w stronę oceanu, a potem półwyspem utworzonym przez Lagunę de Chacahua.

Droga kończy się w Colonia Chacahua. Właściwa wioska Chacahua położona jest na wyspie. Na dwa dni pozostawiliśmy motocykl przy głównym placu przy domku miłej pani. która jest krewną Pedro.


Pedro jest bezpośredni. Poznanie się zajęło nam minutę. W mgnieniu oka nasze bagaże trafiły do łodzi i ruszyliśmy przez Lagunę.

Kapitan Hector

Chacahua

A to nasza malowniczo położona chatka.


Tuż obok naszego domu znajduje się sklep ...


... i przystanek autobusowy. Wyspa ma dwadzieścia parę kilometrów długości, dlatego jeździ po niej parę pick-upów. Większość turystów przyjeżdża tu właśnie w ten sposób, po przeprawieniu się na wyspę po jej wschodniej stronie. Centrum wioski okazało się dość gwarne. Nasz sąsiad miał kilka kogutów, które zaczynały piać sporo przed świtem.


W Chacahua ważnymi dla nas wydarzeniami były
zachody słońca


i wschody słońca. Słońce wschodzi parę minut po siódmej, a zachodzi dwadzieścia po osiemnastej. Różnice  w ciągu roku są nieznaczne.


Tak znakomitych ryb jak w Meksyku nie jadłem nigdzie.



Różne są techniki połowu. Jedna z nich polega na zarzucaniu niewielkiej sieci wprost z plaży. Nie wyglądała mi na zbyt efektywną, chociaż i w taki sposób można coś złapać. W zajęciu pomaga cała rodzina.

Park Narodowy Lagunas de Chacahua powstał w 1937r. Jego celem jest głównie ochrona wielu gatunków ptactwa, ryb i gadów. Kiedy byliśmy tu w 2005r. w lagunie zamieszkała nawet para delfinów.
Pedro zabrał nas na wycieczkę po lagunie i lasach mangrowych.





Odwiedziliśmy także ośrodek badania i ochrony krokodyli.
W Meksyku występują 3 gatunki. Krokodyle żyją do 70 lat. Rosną niezbyt szybko, ale za to przez całe życie. Osiągają do 7 metrów długości.
Samica krokodyla składa od 25 do 60 jaj. W naturze zaledwie ok 1% wyklutych krokodyli ma szansę przetrwania. W ośrodku ochrony: 80%. Dwudziestoletnie krokodyle, już samodzielne, wypuszczane są na wolność. Większość z nich nie ma problemu z przystosowaniem do środowiska naturalnego.

Ten krokodyl na zdjęciu ma rok. Też trzymałem go w ręku, chociaż miał wtedy pysk zamknięty gumką recepturką. To naprawdę wielkie przeżycie. Krokodyle są zimne.